Karol II Wadowice – LKS Przecieszyn 1:2 (1:0)
Skład: Szymon Stokłosa – Jeremiasz Jurek, Karol Pełka, Kacper Maziarz, Maciej Pomietlarz, Dawid Sikora, Konrad Pieczka, Mateusz Pękała, Szymon Kubiczek, Radosław Oczkowski, Bartosz Baran
⚽ (’27 – gospodarze) 1:0
⚽ (’40 – Dawid Sikora) 1:1
⚽ (’52 – Bartosz Baran) 1:2
Niesamowite widowisko! Wspaniała gra! Emocje sięgały zenitu! Koncertowy mecz LKSu i pewna wygrana! Tak chciałbym zacząć dzisiejszy wpis, ale z tym trzeba będzie jeszcze poczekać, gdyż o dzisiejszym spektaklu pod tytułem „Jak to chłopcy z Przecieszyna grali z rówieśnikami z Wadowic” niewiele pozytywnego można napisać.
Zagraliśmy nietypowo, bo w piątek. Mecz został przesunięty z uwagi na niedzielne zmagania rocznika 2007 w finałach Deichmana.
„Niscy jacyś” – taka uwaga padła od jednego z kibiców naszej drużyny. „Pewnie łatwo będzie”.
Pierwsze 10 minut spotkania wyglądało bardzo przyzwoicie. Graliśmy głównie na połowie rywala, ale nie potrafiliśmy oddać strzału na bramkę. Nasz przeciwnik mimo, że nie imponował warunkami fizycznymi, to sprawiał nam ogromne problemy. Chłopcy z Wadowic byli świetnie wyszkoleni technicznie i bardzo dobrze panowali nad piłką. W pierwszej połowie koncentrowali się na zagęszczaniu pola gry, a do takiego stylu nie byliśmy przyzwyczajeni. Nie funkcjonowały skrzydła, brak było prostopadłych podań, nasze akcje grzęzły gdzieś w okolicach środka boiska. Znów zawodziła komunikacja. Chłopcy sobie nie podpowiadali, nie sygnalizowali wyjść na pozycję. Grali tak, jakby dopiero zakończył się festyn w Jawiszowicach z okazji wejścia do IV ligi, a z brzuchami pełnymi Coca-Coli ciężko im przychodziło bieganie.
Przeciwnik dalej grał swoje. Rozbijał nasze ataki i koncentrował się na szybkich wznowieniach. W tym aspekcie gry również troszkę spaliśmy, bo grając plecami do piłki raczej trudno odgadnąć zamierzenia rywala. Bramkarz w pierwszej połowie myślał chyba o przyszłotygodniowym wyjeździe na wakacje, bo gra daleka była od ideału. Niecelne zagrania, wznowienia wprost na plecy przeciwnika, oj gdyby tylko trener bramkarzy Piotr Surzyn to dziś widział, to nie miałby powodów do dumy.
Zawodzili jednak prawie wszyscy. Środek pomocy w pierwszej połowie praktycznie nie funkcjonował. Radek Oczkowski, który w poprzednich spotkaniach wykładał piłki wprost na nogę napastników, dziś niestety zanotował słabsze spotkanie. Kacper Maziarz musi przejść indywidualny trening trzymania rąk przy sobie, bo te cały czas jak magnes lgną do pleców rywala i sędzia w takich przypadkach zawsze odgwizduje przewinienie.
Taka postawa musi mieć swoje konsekwencje i tak też w pierwszych trzydziestu minutach się stało. Szybko wznowiony wolny, piłka dotarła do napastnika gospodarzy, który niezbyt silnym, acz technicznym strzałem pokonał naszego bramkarza. To było uderzenie, które przy innych warunkach pogodowych pewnie Szymon Stokłosa obroniłby z powodzeniem, ale piłka była ciężka, mokra i niestety nie zatrzymała się na rękawicach tylko wpadła do bramki.
Schodzimy na przerwę z wynikiem 1:0 dla gospodarzy.
Trener w przerwie był bardzo niepocieszony. Odbył z zawodnikami krótką, ale bardzo motywującą rozmowę. Nie graliśmy przecież z rywalem z najwyższej półki, a potrzebna jest tylko wiara i nieco lepsza postawa w drugiej połowie. Trzeba się obudzić, zagrać swoje i wywieźć z Wadowic trzy punkty.
Druga połowa nie zwiastowała sukcesu. Karol grał (Karol Wadowice oczywiście) dalej swoją piłkę. Odcinał nas od podań, w dalszym ciągu zagęszczał pole gry i trudno było konstruować składne akcje. W miarę upływających minut chłopcy opadali z sił. Taką słabość udało się raz wykorzystać i w sytuacji jeden na jeden, bramkę kontaktową zdobył Dawid Sikora. Dla kibiców ten mecz mógłby się już skończyć, zwłaszcza że nadciągała burza, a tu do końca pozostawało jeszcze ponad 20 minut.
Grać jednak trzeba dalej, bo piłka to nie szachy i należy walczyć do końca. Po jednej, bardzo indywidualnej akcji Bartosza Barana, który swoim dryblingiem tym razem wywalczył sobie idealną pozycję do strzału, skierował piłkę ponad interweniującym bramkarzem i tym samym wyszliśmy na prowadzenie. Czy zasłużone? To sprawa dyskusyjna. Cytując jednak słowa świętej pamięci Kazimierza Górskiego, „Chodzi o to, żeby strzelić jedną bramkę więcej od przeciwnika”. I ta sztuka w tym meczu nam się udała. Rywal w drugiej połowie jeszcze kilkukrotnie nam zagroził i przy odrobinie szczęścia (lub nieszczęścia), mecz mógł się zakończyć 4:2, ale bramkarz (grający dziś bez zastępstwa) miał na tyle szczęścia, że nie puścił ani jednego gola.
Odetchnęliśmy z ulgą, spotkanie zakończyło się wynikiem 1:2 i mimo iż to wynik pozytywny, to o meczu lepiej zapomnieć.
Jeden jedyny aspekt, który na długo utkwi nam w pamięci to postawa arbitra tego spotkania. Po raz pierwszy obserwowałem piłkarski mecz młodzików w którym sędzia biegał z większym entuzjazmem niż sami zawodnicy. Był zawsze na posterunku, temperował graczy, upominał, pozwalał na wznowienie wyrzutu z autu przy błędzie, spalone odgwizdywał z aptekarską precyzją. Były to zawody w których sędzia grał pierwsze skrzypce i mam nadzieję, że jego umiejętności sprawdzają się również na meczach seniorów.
Całym sercem jestem za LKS’em. Kiedy jest powód do dumy to trzeba o nim mówić i pisać, jeśli zdarza się słabszy mecz tak jak dzisiaj, to krytykę trzeba przyjąć na klatę i w następnym spotkaniu pokazać, że był to tylko wypadek przy pracy. Będzie to tym bardziej trudne, że za tydzień gramy z liderem, Fablokiem Chrzanów. Duchem będę z wami, a ciałem na wakacjach! Do zobaczenia za dwa tygodnie
Relacja- Krzysztof Stokłosa


























